Monopolizowanie sieci

W tym miesiącu przez Sieć przetoczyła się burzliwa dyskusja dotycząca monopoli sieciowych (głównie chodziło o Google i Facebooka). Wszystko zaczęło się od tego tekstu Tima Wu, w którym wspominane firmy (oraz Apple, Amazon, eBay, Skype, Twitter) zostały przedstawione jako współczesne monopole informacyjne, podobne do historycznych monopoli – Western Union, czy AT&T, które wymagały interwencji rządów.

Pomimo tego, że słowo monopol ma bardzo szerokie znaczenie (od potocznego, po prawne), jest ono zawsze nacechowane negatywnie. Nie do końca zgodzę się z opinią, że akurat Facebook i Google są monopolistami. Bardzo duży udział w rynku nie musi oznaczać stosowania praktyk monopolistycznych – tworzenia barier wejścia na rynek, nadużywania praw konsumentów. Mocna pozycja wspomnianych firm wynika z ich osiągnięć technologicznych. Ich usługi nie mają obecnie w swoich sektorach mocnej konkurencji.

Jak pokazała historia branży IT, to odkrywca przełomowej technologii zostawał liderem, z dużą pulą udziałów w rynku. Przykłady? IBM, Microsoft, Google, Facebook – każda z tych firm dokonała przełomowej innowacji, wprowadzając nową jakość i umasawiając je.  Po jakimś czasie nazwy Internetowych “Infomonopoli” stawały się mniej gorące, ale nadal utrzymują one bardzo wysoki udział w swoim sektorze. Dodatkowo warto wspomnieć, że każda z tych firm nie startowała jako pionier w swoim sektorze, tak jak Western Union czy AT&T.

W biznesie internetowym de facto nie istnieją bariery wejścia na rynek, odpowiedni poziom innowacyjności przy realizowaniu potrzeb userów zapewnia powodzenie. Innowacja jest też podstawową siłą napędzającą cały biznes internetowy. Zarówno Google jak i Facebook cały czas pracują nad rozwijaniem swoich produktów. Ani wyszukiwarka Google’a ani Facebook obecnie nie przypominają produktów, z których korzystaliśmy jeszcze 6 miesięcy temu. To także odróżnia je od prawdziwych monopoli, które usypiają rynek, skazując go na korzystną dla nich stagnację.

Warto również spojrzeć na to, kto de facto może być przez te “infomonopole” uciskany. Wówczas sytuacja jest bardziej skomplikowana. Kto jest de facto klientem Facebooka czy Google? Userzy jedynie z nich korzystają, nie płacąc za usługę. Płacą reklamodawcy, a dla nich produkty Google czy Facebooka mają wartość tylko wtedy gdy userzy w całej swojej masie z nich korzystają. Zzgodnie z zasadami, o których kiedyś pisałem tutaj, wartość sieci jest proporcjonalna do ilości powiązań, które można stworzyć między jej uczestnikami. Wprowadzenie opłat za korzystanie z serwisów lub poważne nadużycia prywatności wiązałyby się ze znacznym odpływem użytkowników i w konsekwencji zmniejszeniem wpływów reklamowych.

Warto również zauważyć jeszcze dwie rzeczy: po pierwsze, klasyczne monopole żyły z ograniczania dostępu do jakichś dóbr/usług, natomiast “Infomonopole” te dobra i usługi udostępniają, pobierając opłaty od trzeciej strony. Po drugie, tradycyjne monopole były nimi de facto od początku, budując swoją pozycję rynkową na wyłączności w sprzedaży dóbr/usług, natomiast w przypadku Google i Facebooka, ta pozycja rynkowa jest oparta w dużej mierze na jakości świadczonych usług, która przyciągnęła tak dużą ilość userów.

Całą dyskusję, która przez prawie dwa tygodnie, pojawiała się na różnych serwisach i blogach, z nagłówkami w formie straszaków, warto zestawić z głosem jednego z “ojców założycieli” Tima Bernersa-Lee. Pisze on o swoich obawach o otwartość Sieci, która może zostać zniweczona poprzez gromadzenie dużych ilości informacji w obrębie jednego serwisu. Byłoby to faktycznie odejście od rozwiązań przeglądania sieci, które znamy obecnie i które zarazem opracował Berners-Lee. Berners-Lee pisze:

As has been the case since the Web began, continued grassroots innovation may be the best check and balance against any one company or government that tries to undermine universality.

W kontekście dążeń Facebooka do narzucenia użytkownikom nowego sposobu przeglądania sieci (agregacji wszystkich informacji w obrębie Facebooka, odchodzeniu przez firmy od posiadania stron www na rzecz likepages, rozbudowywania narzędzi wyszukiwania przez Facebook), o których w Sieci można przeczytać od pewnego czasu, może wyglądać to na zamach na protokół http. O ile każda innowacja może początkowo budzić zdziwienie, niechęć, szczególnie u osób przyzwyczajonych do istniejących rozwiązań (a Berners-Lee jako jeden z twórców http, jest naturalnie przywiązany do swojego dziecka), to mamy do czynienia z sytuacją, w której nowy sposób przeglądania sieci znalazłby się w rękach konkretnej firmy – Facebooka (w przeciwieństwie – nikt nie jest właścicielem http). Dopiero to stanowi przesłankę, że sieć może być zagrożona monopolizacją. Powoli może też to stawać się realne – w USA Facebook osiągnął już prawie 1/4 wszystkich odsłon.

Jednak by nie kończyć tak pesymistycznie, weźmy pod uwagę opisane powyżej okoliczności, odróżniające Facebooka od klasycznych monopoli i zastanówmy się czy taka sytuacja jest równoznaczna z naszą niekorzyścią? Wszak sami userzy decydują, co w Internecie jest “monopolem“, a jak wiemy userzy w swojej masie nie używają rozwiązań działających na ich niekorzyść. Może brak możliwości wyobrażenia sobie, co znajduje się poza jaskinią budzi w nas obawy? Na to nie mam odpowiedzi, wiem tylko, że każdy kij ma dwa końce, a zrozumienie procesów społecznych wymaga spojrzenia na nie z perspektywy – najlepiej czasu.

28. November 2010, autor: Maciek Wiktorowski
Kategorie: biznes, Technologie | Tagi: , , , , , | skomentuj